Uczuć nie można nauczyć się na pamięć?

Kociokwik, mętlik. Cały czas myślę o tej książce, ale nie wiem, co o niej napisać. Ciekawa? Barwna? Oryginalna? Wzruszająca? Zabawna? Banały. Próbuję nazwać emocje, które ta lektura we mnie wywołuje. I czuję się trochę tak, jak bohater „Barwnych cieni i nietoperzy” – nie potrafię ich nazwać, rozpoznać. Jedno co umiem, to przypiąć im łatę, doczepić fiszkę z przepisaną ze słownika definicją.
Autyzm wywodzi się od greckiego słowa autos, czyli sam.
Co znaczy, że barwny cień jest skupiony na sobie i egocentryczny?
Dlaczego jest wtedy także niezdolny do nawiązywania kontaktów?
To brzmiało tak, jakby śnieg był głodny słońca.
To jamnikowate i chwiejne objaśnienie zupełnie do mnie nie przemawiało” – pisze Axel Brauns autor i zarazem główny bohater „Barwnych cieni i nietoperzy”.
Axel nie rozumiał znaczenia wielu słów, które większość z nas pojmuje intuicyjnie – nie wiedział np. co oznacza „zazdrość”, ale też nie czuł tej emocji. Nie potrafił też rozszyfrować ludzi – tego, co czują, myślą, jakie mają intencje, dlatego nazywał je nietoperzami lub barwnymi cieniami. Ci pierwsi nie byli do niego przyjaźnie nastawieni i mówili w niezrozumiałym dla niego języku, który nazywał „szelestem”. Ci drudzy byli dla niego dobrzy, ale zdarzało się, że i oni zamieniali się w nietoperze. Bywało też odwrotnie, że nietoperze przeistoczyły się w barwne cienie. Jak tu zrozumieć ludzi, jeżeli są pełni sprzeczności?
„Życie w autyzmie jest kiepskim przygotowaniem do życia w świecie bez autyzmu. Uprzejmość zastawiła wiele pułapek, w które można wpaść. Ludzie z autyzmem żadnej nie ominą; są w tym mistrzami” – pisze Axel Brauns i trudno mu nie przyznać racji. Jego dzieciństwo i młodość na pewno nie było usłane różami – nieraz zastanawiał się, czy ci „inni” przybyli z Księżyca, czy może z Marsa. Sporo czasu zajęło mu dojście do wniosku, że to on odstaje od reszty ludzi.
„Inne barwne cienie już wcześniej potrafiły ni stąd, ni zowąd przeniknąć do mojego ogrodzonego świata” – mówi Axel i przyznaje, że jednak mało komu się ta sztuka udaje.
Nauczył się jednak żyć w tej skomplikowanej rzeczywistości, gdzie tak ważną rolę odgrywają międzyludzkie relacje. Ukończył szkołę średnią z jednym z najlepszych wyników, znał na pamięć wszystkie stolice świata, dostał się na uniwersytet, który potem postanowił porzucić, bo wolał zacząć pisać książki.
„Poradziłem sobie z wszystkimi wyzwaniami w życiu. Tylko jedno zadanie mi się nie powiodło: uczuć nie można nauczyć się na pamięć” – pisze szczerze w swojej książce.
Pesymistyczna konkluzja? Niekoniecznie. Autor tej książki udowadnia, że nie umiejąc nazywać uczuć, można mieć głęboki wgląd w siebie. Daje też do myślenia. Wszyscy wiemy, że inni ludzie są „inni”, a przede wszystkim nie są „nami”, ale tylko autystyczni potrafią szczerze przyznać, że niewiele o nich chcą wiedzieć, albo wiedzą.

Cytaty pochodzą z książki „Barwne cienie i nietoperze. Życie w autystycznym świecie”, Axela Braunsa, tłumaczenie Izabela Czyżewska-Dyrała, wyd. Media Rodzina 2009.

Reklamy

Uparta jak osioł, czyli aspi w spódnicy

Zespół Aspergera zdecydowanie częściej dotyka mężczyzn, co nie znaczy, że wśród aspergerowców nie ma także kobiet. Do tej pory nie czytałam chyba jednak żadnej książki beletrystycznej, która opowiadałaby o kobiecie z ZA. Inaczej z filmami – „Zaklęte serca”, „Śniegowe ciastko”, „Temple Grandin” to filmy, których bohaterkami są aspi-kobiety. Wreszcie trafiłam na publikację, której jedną z postaci jest kobieta z zespołem Aspergera. Książka „Tandem w szkocką kratę” Hanny Pasternak to opowieść o przyjaźni, która wyłamuje się ze stereotypów, to także dzieje dwóch niezwykle silnych, samodzielnych, mądrych i wrażliwych indywidualistek. I nie byłoby w tej historii nic niezwykłego, gdyby nie fakt, że Hanna – autorka i zarazem jedna bohaterek książki, jest niewidoma, a Helen – pani profesor, ma zespół Aspergera. Porównywać te dwie kobiety, to jakby zestawiać ze sobą: empatię – z brakiem wyczucia, umiejętność pójścia na kompromis – z uporem maniaka. Zderzenie dwóch wielkich i intrygujących osobowości. Czy dwie tak różniące się od siebie indywidualności mogły się ze sobą zaprzyjaźnić? Jak najbardziej! Wydaje się jednak, że każda z tych pań przyjaźń postrzega nieco inaczej, choć ich definicja tego słowa ma wspólny mianownik. Autorka „Tandemu w szkocką kratę” pisze:

„…najbardziej utkwiły mi w pamięci refleksje Helen na temat przyjaźni.
-Chciałabym mieć przyjaciółkę, ale jestem zajęta, dużo pracuję, nie mam czasu. Byłoby fajnie, gdyby przyjaciółkę można było schować do szafy i wyjąć wtedy, gdy ma ochotę.Na szczęście nie żyjemy w czasach niewolnictwa. Jestem socjalistką, więc sprzeciwiam się niewolnictwu. Gdyby jednak dało się z tą szafą, chciałabym mieć całe stado przyjaciół.
– Mnie też włożyłabyś do szafy?
– Jesteś w Polsce, więc jakby w szafie.
Z jednej strony, wydawało mi się to śmieszne, z drugiej, doznałam lekkiego szoku. Jednak dość szybko uświadomiłam sobie, ze każdy z nas czasem chętnie włożyłby przyjaciela do szafy.Jesteśmy bardzo zajęci, on zawraca nam głowę, a z jakiegoś powodu nie wypada odmówić. Wielu przyjaciół, znajomych zamykamy w szafie, a gdy mamy potrzebę, sięgamy na odpowiednią półkę”.

„Tandem w szkocką kratę”, Hanna Pasternak, Credo, 2010, str. 274-275

Naprawdę warto przeczytać tę książkę!

Projekt „miłość”

Australijski profesor genetyki Don Tillman to główny bohater błyskotliwej książki Greame Simsiona pt. „Projekt Rosie”. Mężczyzna chce znaleźć żonę. Niestety, randki to dla niego prawdziwe pole minowe.  Jak do tej pory nie udało mu się wytypować odpowiedniej kandydatki na towarzyszkę życia.

„Skończyłem 39 lat, jestem inteligentnym, sprawnym fizycznie kawalerem, cieszę się doskonałym zdrowiem i całkiem wysokim statusem społecznym, a jako profesor nadzwyczajny otrzymuję pensję powyżej średniej krajowej. Według kanonów logiki powinienem być atrakcyjnym kandydatem dla wielu osobników płci żeńskiej. W królestwie zwierząt miałbym istotny potencjał reprodukcyjny. Niestety, jeden z moich atrybutów zniechęca kobiety” – tak sam siebie opisuje Don.

Ten „atrybut” to widoczne u Dona Tillmana cechy zespołu Aspergera, z których sam zainteresowany zdaje się nie do końca zdawać sprawę. Don znajduje jednak rozwiązanie swoich problemów – postanawia opracować kwestionariusz, dzięki któremu będzie mógł wyłonić najodpowiedniejszą dla siebie kandydatkę. W ten sposób powstał projekt „Żona”. Wśród bardzo szczegółowych pytań znalazły się m.in. takie, które dotyczyły preferencji żywieniowych (tylko nie wegetarianka!), palenia papierosów, picia alkoholu, robienia makijażu, czy przychodzenia punktualnie na spotkania. Plan wydawał się genialny, dopóki na horyzoncie nie pojawiła się rudowłosa Rosie. Nowa znajoma Dona nie jada mięsa, akceptuje owoce morza, ale tylko z hodowli odnawialnych, pali jak smok, nie wylewa za kołnierz, a na domiar złego zawsze się spóźniała. Choć wydaje się najmniej kompatybilną dla Dona partnerką, to właśnie w jej towarzystwie mężczyzna  najlepiej się czuje, a na dodatek po raz pierwszy się świetnie bawi. Czy jednak ktoś, kto zawsze tak sztywno trzyma się swoich planów i przekonań pozwoli na to, aby projekt „Żona” naturalnie ewaluował w projekt „Rosie”?

Nie będę zdradzać dalszego ciągu zdarzeń, żeby nie odbierać przyjemności czytania tej wyjątkowej lektury. Napiszę tylko tyle, że finał tej książki jest na tyle niezwykły, że zaczęłam szukać wszelkich możliwych informacji o jej autorze. Byłam ciekawa, czy Greame Simsion pisze z autopsji, czy może jest po prostu wnikliwym obserwatorem otaczającej go rzeczywistości. I muszę przyznać, że początkowo byłam na niego trochę zła. Pomyślałam, że takie wykorzystanie motywu zespół Aspergera do opowiedzenia romantycznej historii może wiele osób, zwłaszcza kobiety związane z Aspikami, niepotrzebnie wprowadzać w błąd. Być może się jednak mylę.

Graeme Simsion pochodzi z Australii,  był programistą i specjalistą od baz danych, potem założył firmę konsultingową, zdobył międzynarodową renomę w dziedzinie zarządzania danymi. Przez wiele lat pracował naukowo na Uniwersytecie w Melbourne. Jego żona Anne jest profesorem psychiatrii (książkowa Rosie studiuje psychologię, potem przenosi się na wydział psychiatrii). Ciekawostką jest , że Simsion, podobnie jak bohater jego książki jest posiadaczem amerykańskiej wizy 0-1, która jest przyznawana osobom szczególnie utalentowanym i cenionym. Książkowy Don Tillman ten fakt żartobliwie opisał w jednej z rozmów w Rosie : „(…) posiadam specjalną wizę dla wybitnych przybyszów z innych sfer”. 

Jak widać auror „Projektu Rosie” wiele własnych cech użyczył bohaterowi swojej książki. W jednym z wywiadów wspomina też, że na swojej drodze spotkał wielu takich ludzi, jak Don, a jednym z nich jest jego bliski przyjaciel.

Graeme Simsion w 2007 roku uzyskał doktorat z informatyki, następnie zapisał się na kurs dla scenarzystów w Royal Melbourne Institute of Technology. Jego scenariusz „Projekt Rosie” zdobył prestiżową nagrodę Australian Writers Guild / Inception Award for Best Romantic Comedy Script. Dopiero potem, napisał książkę pod tym samym tytułem, wkrótce została ona przetłumaczona na 35 języków.

Gorąco zachęcam do przeczytania tej zabawnej i ciepłej książki.

„Projekt Rosie”, Greame Simsion, Media Rodzina

 

Autyzm.Wyjaśnienie tajemnicy

Wakacje. Słońce. Spławikowanie. Leniuchowanie. I oczywiście – czytanie.

Książka Uty Frith to lektura obowiązkowa dla wszystkich, którzy chcą dowiedzieć się jak najwięcej na temat autyzmu.

Moim zdaniem jednak „Autyzm. Wyjaśnienie tajemnicy” to tytuł na wyrost. Autorka bez wątpienia rzuca światło na ten trudny i mało zbadany temat, ale – jak sama przyznaje, upłynie jeszcze dużo czasu, zanim badacze rozszyfrują tajemnie autyzmu.

Uta Frith sprawnie posługuje się piórem, ale zdaje się, że forma jest dla niej ważniejsza od treści. Nie mogłam się pozbyć wrażenia, że autorka usilnie stara się błysnąć erudycją zawsze wtedy, kiedy porusza trudne kwestie, które wymagałyby prostego języka.

Książka ma jednak sporo zalet. Na szczególną uwagę zasługuje rozdział „Urok autyzmu” oraz „Lekcje historii” i przykłady historycznych osób, które prawdopodobnie miały autyzm, a ich przypadki zostały dobrze udokumentowane. Wymienia także postaci, które znamy z literatury i filmu –  m.in. Sherlocka Holmes’a, Mr Spocka i komandora Date z „Star Treka” .

Dzięki diagnostyce historycznej wiadomo, że autyzm towarzyszy ludzkości od wieków, tylko nie był tak nazywany.

Autorka próbuje też przybliżyć, jakie są główne wyznaczniki autyzmu – sporo miejsca poświęca tzw. „ślepocie na stany umysłu”, czyli nieumiejętności mentalizowania przez osoby z autyzmem, a co za to idzie trudności w odczytywaniu, czy raczej odgadywaniu tego, co inni ludzie myślą, czują.  Uta Firth przywołuje wiele ciekawych doświadczeń i wyników badań na poparcie swoich wniosków.

Zauważa też uwagę na to, że przypadki zespołu Aspergera mogą łatwo umknąć uwadze, bo nastręczają pewnych trudności diagnostycznych i nie są tak oczywiste. Próbuje też odpowiedzieć na pytanie, dlaczego autyzm częściej dotyczy chłopców, a nie dziewczynek. Cechy autystyczne to najwyraźniej domena panów.

Mężczyzna jako ekspert i autorytet

Dziś krótko o kobietach i facetach. Wszystkich – tych z zespołem Aspergera i neurotypowych.

Czy zauważyliście, że kobiety, choć przez stulecia walczyły o prawo do samostanowienia, bardzo chętnie oddają się dziś w niewolę mężczyzn? I nie mam tu na myśli zabaw w wiązanie w sypialni…
Kobiety, które znajdują się w sytuacji kryzysowej, nie potrafią lub nie chcą załatwić swojego problemu, odwołują się do autorytetu swego męża, chłopaka, narzeczonego, mechanika, magika, fizyka… bo „my się na tym (tu wpisać właściwe) nie znamy, ale on… wie wszystko o rowerach, traperach, komputerach, rakietach, czołgach, samochodach i fizyce kwantowej.

Ok. Nie jest niczym złym, w sytuacji patowej radzić się kogoś bliskiego, ale dlaczego nie są to inne kobiety?

O rety!

Te głupie baby,

poradzisz mi dziś Kochanie ? 🙂

Film

Patrz mi w oczy

„Patrz mi w oczy. Moje życie z zespołem Aspergera” Johna Eldera Robisona to kolejna książka na liście moich lektur z biblioteki planety Aspi. I kolejna autobiografia – wcześniej zaliczyłam „Odnaleźć Kansas. Zespół Aspergera rozszyfrowany” Aarona Likensa. Obu autorów łączy to, że zespół Aspergera został u nich zdiagnozowany w wieku dojrzałym – u Likensa stwierdzono go, kiedy ten skończył 20 lat, Robinson na trafną diagnozę psychologiczną musiał poczekać aż do czterdziestki. Obaj postanowili opisać swoje doświadczenia: wyobcowanie, niezrozumienie, poczucie pozostawania na uboczu, samotność, tęsknotę za przyjaźnią, miłością, a przede wszystkim akceptacją.

Książka Robinsona jest błyskotliwa, zabawna, iskrząca, po prostu pogodna. Choć w życiu jego autora, a szczególnie w okresie dzieciństwa, zbyt często słońce nie wychodziło na horyzont. Robinson przyszedł na świat w trudnej rodzinie – jego ojciec pił i bił, a matka, chora na schizofrenię, dosłownie odchodziła od zmysłów.   Robinson z perspektywy czasu przyznaje, że jego „autystyczność” w pewien sposób chroniła go, bo dzięki temu, że nie potrzebował tak wielkiej bliskości emocjonalnej, mógł też dystansować się do tego, co działo się w jego własnym domu. A działo się nie najlepiej. To była dysfunkcyjna rodzina, która rozpaczliwie szuka pomocy. Jego rodzice próbowali podjąć terapię, ale trafiali na psychiatrów-szarlatanów. Żaden z nich nie spostrzegł, że mały John Elder Robinson ma zespół Aspergera. Mało tego, nikt z nich nie zauważył nawet, że chłopiec ma jakiekolwiek inne zaburzenia ze spektrum autyzmu.

A przecież był takim małym ekscentrykiem! Nie patrzył w oczy, kiedy ktoś go o coś pytał, gdy zaczął mówić, logika jego wypowiedzi była bardzo dziwna, miał niemal encyklopedyczną wiedzę na tematy, które go interesowały , uwielbiał kopać metrowe doły w ogrodzie, a kiedy był nieco starszy zacząć rozmontowywać odbiorniki radiowe. Inne dzieci za nim nie przepadały i dużo czasu minęło, zanim znalazł sobie prawdziwych przyjaciół. Kiedy na świat przyszedł jego brat Christopher, Elder zyskał nowego przyjaciela – na dobre i na złe. Takiego, któremu nie tylko nie przeszkadzały dziwactwa starszego brata, ale nawet chętnie w jego szalonych pomysłach uczestniczył.

Elder nie skończył liceum, ale kiedy tylko wyniósł się z domu, zaczął wykorzystywać swoje wielkie talenty. Dzięki umiejętności wizualizowania dźwięków i obwodów elektrycznych zaczął pracować dla słynnego zespołu rockowego KISS jako projektant wzmacniaczy, efektów dźwiękowych i płonących ogniem gitar. Z jego usług korzystały również zespoły Pink Floyd, Judas Priest, Talking Heads.
Teraz Elder ma warsztat samochody i reperuje kultowe, drogie samochody. Jego klientom nie przeszkadza, że jest „inny”, bo przychodzą do niego dlatego, że najlepiej zna się na tej robocie. A że przy okazji dużo gada o samochodach? Im to nie przeszkadza, bo sami są pasjonatami motoryzacji.
Elder nie zmienił się, nie stał się innym człowiekiem, ale dzięki uporowi i ogromnej pracy swoje słabości zamienił w zalety. Czy ludzie z zespołem Aspergera są „dziwni”, bo są do bólu logiczni i pragmatyczni? Czy dziwny jest ten świat, bo jest taki nielogiczny? Warto przeczytać książkę Robinsona, aby samemu spróbować sobie odpowiedzieć na te pytania.

„Patrz mi w oczy. Moje życie z zespołem Aspergera”, John Elder Robison, przełożył Jarek Szubrycht, Wydawnictwo Linia, Warszawa 2013.